Spowiadać się nie zamierzam, ale niejedna kosmetyczka pęka u mnie w szwach. Co prawda daleko mi jeszcze do zagranicznych blogerek, ale prawdziwy ogrom tej kosmetycznej twierdzy można poznaję wtedy, gdy mogę wykonać pełny makijaż przy użyciu produktów tylko jednej marki. - I takich wpisów mam w zanadrzu kilka. Nie jest więc ze mną tak źle, ale dzisiaj podjęłam nowe wyzwanie - jak sprawdzą się produkty marki Gosh Copenhagen w wersji świątecznej. Czy wreszcie się polubimy?


Zabawa w makijaże z jedną marką trwa w najlepsze. Właściwie mało jest blogerów i vlogerów, którzy nie podjęli się takiego zadania. W moim zakątku bywały do tej pory propozycje stylizacji z produktami Wibo, dlatego czas sprawdzić, czy przy użyciu produktów innej marki będzie mi się wiodło równie dobrze. A na wstępie przyznam, że z GOSH mi nie po drodze i do tej pory sympatii nie było. 


Niecodzienne wydłużenie z tuszem do rzęs

♡ Lash Sculpting Fiber Mascara

Gdyby wcześniej ktoś mi powiedział, że tak bardzo się polubimy - pewnie bym nie uwierzyła. Kolejny tusz w mojej kolekcji, który na pierwszy rzut oka taki niepozorny, taki szaraczek, a z rzęsami wyprawia istne cuda. Ale ma on swój mały sekrecik - wszystko za sprawą specyficznej formuły i dodanego do składu wyciągu z wodorostów i specyficznych włókien, które wczepiają się w nasze rzęsy i sprawiają, że są one ładnie pogrubione i wydłużone. Z zalotki chwilowo zrezygnowałam, bo w zupełności wystarcza mi ten delikatny efekt podkręcenia - a kształt szczoteczki wcale na to nie wskazywał. Intensywna czerń wspaniale trzyma się rzęs, a to tymczasem jest zasługą obecności wosków. Nawet cena w tym wypadku nie wydaje się być wysoka. Ten produkt dostaje u mnie pięć z plusem!
Cena: około 40 zł /  Pojemność: 10 ml


Ciemna zmora jasnej cery

♡ Podkład GOSH Foundation Plus 004

Miał być gwoździem programu a został gwoździem do trumny tego makijażu. W ostatecznej wersji (zdjęcie pierwsze i ostatnie) podkład został zmieniony na wersję BB Orange od Skin79. A dlaczego? Bo w pomarańczu nie jest mi do twarzy. Co by nie mówić - wybór koloru 004 dla typowo słowiańskiej urody nie można uznać za strzał w dziesiątkę. A o dziwo - czytałam recenzję, gdzie przy jasnej cerze miał być jak ulał! Nie był, efekt widoczny na zdjęciu poniżej. Ale właściwie, to już nie o sam kolor chodzi. Produkt ten ma łączyć ze sobą dwie formuły - podkładu i korektora. Kryjący, ale nie tworzący efektu maski. Ma matowe wykończenie, dlatego z suchą cerą lepiej trzymać się od niego z daleka. Schody zaczynają się jednak wtedy, kiedy usiłujemy wydobyć go z opakowania - sprawdziło się ono przy innych wersjach podkładu Gosh, tych płynniejszych, bardziej oleistych. Tutaj podkład się buntuje i lepszym wyborem byłaby tubka. Człowiek nerwy zjada, by wydobyć go na światło dzienne. Aplikować lepiej nawilżoną gąbeczką, by nie uzyskać suchego efektu. Nie po drodze nam ze sobą. Jedno jest pewne - zamierzam sięgnąć po wersję Gosh Foundation Drops, którą polecała Alina Rosa, by jak najszybciej zapomnieć o tej maleńkiej wpadce.
Cena: około 45 zł / Pojemność: 30 ml


Aksamitna baza pod makijaż

♡ Foundation Primer CLASSIC 

Znam ją nie od dziś, chociaż widujemy się nie często. A to dlatego, że produkt ten traktuję jako niezbędnik tylko przy większych wyjściach. Na co dzień bazy nie używam, ograniczam się do dobrych kremów i lekkich podkładów, za to przy makijażach wieczorowych lub okazyjnych, stawiam także na wygładzenie buzi i wzmocnienie trwałości makijażu. Wtedy lubię mieć pod ręką bazę Gosh. Jest aksamitna, w użyciu wystarczy jej dosłownie odrobinka a ładnie wygładzi naszą cerę. Nie ma tutaj konserwantów a skład wzbogacono o aloe vera, czyli aloesowy miąższ, który swoją konsystencją przypomina nieco lepiącą bazę. Dzięki przezroczystej buteleczce widzimy poziom zużycia, ale nie ma co się martwić - mnie taka buteleczka spokojnie starczyłaby na dwa lata, dlatego chyba podzielę się połową, gdyż ważność po otwarciu produktu to 12 miesięcy, ja swoją używam już pół roku, a tu dopiero ćwiartka zużyta. 
Cena: około 50 zł / Skład: TUTAJ / Pojemność: 30 ml

Paleta 9 cieni

♡ Eye shadow Las Vegas

Nazwa może mało świąteczna, ale niesamowicie adekwatna do kolorystyki. Tutaj nie ma nudy. Kolorowe cienie rażą niczym neony miasta hazardu. To nie jest paletka do dziennego makijażu, po nią sięga się na specjalne okazje. Kasetka jest porządnie wykonana, matowa i niewielka. W środku mamy lusterko i dziewięć cieni tak bardzo do siebie podobnych a zarazem różnych. Jest trochę czerwieni, żółci, pomarańczy i niebieskości. Taki trochę klimat papugi. Mamy zarówno maty, jak i cienie połyskujące (które odrobinkę się osypują). Od Nas zależy, jaką pigmentację chcemy uzyskać. Ja nałożyłam produkt pędzelkiem do blendowania, dzięki czemu efekt jest bardzo delikatny a cienie ładnie przechodzą między sobą. Przy metodzie na mokro granice byłyby zauważalne a makijaż nieco teatralny. Paletkę wciąż można upolować w małych drogeriach, bo z dostępnością online jest coraz gorzej...
Cena: około 50 zł / Pojemność: 12 g


Konturowanie dla bladziochów

♡ Contour'n Strobe Kit

Dostępna w dwóch wariantach - dla bladziochów i powracających z Karaibów. Całe szczęście przypadło mi wypróbować wersję light, co dla mojej buzi miało okazać się zbawieniem. Cztery ćwiartki, jedna paleta i full wypas w modelowaniu buzi. Cena nie rozpieszcza i trochę do gustu mi nie przypadła a to pewnie dlatego, że posiadam w zbiorach kosmetycznych pewne trio, znacznie tańsze i zaspokajające moje potrzeby w 101%. A i to plastikowe pudełeczko nie do końca mnie przekonało - trochę się brudzi, rysuje i za taką cenę produktu wydaje się być zbyt prostym rozwiązaniem. Od wad zaczęłam i dorzucam jeszcze jedną, która problem stanowić może tylko dla mnie - brzoskwiniowy róż, który przy mojej karnacji wypada nijako. A to o tyle dziwne, że tak jest tylko w jego przypadku. Przestaję już kręcić nosem i opowiadam za co należą się pochwały. Przede wszystkim matowy bronzer - w uniwersalnym odcieniu, ładnie się blenduje i nie osypuje. Dodatkowo delikatny rozświetlacz nadaje się nie tylko do rozświetlenia kości policzkowych, ale całej buzi (tak, jak zrobiłam to na ostatnim zdjęciu!). A i na uta warto go nałożyć! Nie jest to typowy rozświetlacz, który po jednym machnięciu pędzla namaluje iskrzącą taflę. Jest delikatny, a efekt możemy stopniować. Maleńkie drobinki ładnie odbijają światło i  łączą się nawet z drugim bronzerem z zestawu, który także posiada podobne migotki. Podsumowując - w jednej paletce znajdziemy 4 kolory: jasny rozświetlacz, brzoskwiniowy róż, matowy bronzer oraz bronzer z drobinkami.
Cena: około 55 zł

Żel utrwalający do brwi

♡ Brown Sculpting Fibre Gel

To nie jest jeden z tych żeli, co tylko utrzyma włoski w ryzach. Chociaż w tym też radzi sobie nieźle, ale przede wszystkim nie brak mu koloru! Mocnego, widocznego i podkreślającego. Blondyneczce nie zawsze wypada mieć ciemne brwi, ale jako że usiłuję wrócić do naturalnego, ciemnego blondu a odrosty mocno kontrastują z moimi rozjaśnianymi końcówkami, to wybór tego żelu okazał się fenomenalnym trafem. Mój kolorek to 02, ale dostępna jest również wersja 01. Na wstępie wspomnę jednak o jednym, znaczącym minusie - jakiś czas po aplikacji, kolor staje się znacznie ciemniejszy i bardziej intensywny, dlatego już przy aplikacji należy zastosować umiar. Formuła jest ta sama, co w przypadku tuszu do rzęs - drobne włókienka, które mogą delikatnie zagęszczać brwi. A gdy żel całkowicie zasycha utrwala włoski do takiego stopnia, że stają się one nieco suche, ale usztywnione. Dla niektórych może więc być to forma nieco niewygodna, bo produkt jest wyczuwalny chociażby przy marszczeniu brwi. Można go używać solo, ale także jako ostatni krok tuż po aplikacji cienia.
Cena: około 35 zł / Pojemność: 8 ml


Jako że tematem został świąteczny makijaż, postawiłam na delikatność, naturalność, chociaż przemyciłam drobne elementy świadczące o niecodziennej porze - wybrałam czerwony cień, który chyba stosunkowo mocno kojarzy się z czapką Mikołaja czy trzymaną w doniczce Gwiazdą Betlejemską oraz kolor niebieski - bo chyba czeka Nas mroźna zima. Rozświetlacza nie szczędziłam, bo wieczorową porą w blasku choinkowych lampek będzie wyglądać to uroczo i naturalnie - tak, jak to się czasami mieni i błyszczy zdrowa, młodziutka cera. 

  • TWARZ: baza, podkład - wcześniej wersja GOSH / zastąpiona kremem BB Skin79 Orange, rozświetlacz z paletki do konturowania użyty pod oczami, na czole, nosie i brodzie. Konturowanie przy pomocy matowego bronzer i brzoskwiniowego różu. 
  • OCZY: paleta cieni -  cień 2 i 8 (w kolejności) 
  • BRWI: żel utrwalający
  • USTA: rozświetlacz z paletki
Zajrzyjcie też do innych dziewczyn, które biorą udział w akcji #winterweek! Przez tydzień, każdego dnia, każda z Nas doda wpis związany ze świąteczną atmosferą. Makijaże, pomysły na prezenty, nasze wishlisty i przemyślenia. Wszystko po to, by już zawczasu poczuć magię świąt! Oto czwarta, ale nie ostatnia świąteczna propozycja. Dzisiaj nie obyło się bez makijażu. A jutro? Kto wie!
Agwer - BLOG. A piece of Ally - BLOG, Agnieszka bloguje - BLOG, Ala Ma Kota - BLOG, Minimalnie - BLOG, Okiem Justyny - BLOG, Paulina blog - BLOG, White Praline - BLOG.

12/08/2016

#4 GOSH Copenhagen - świąteczny makijaż z jedną marką

Ho! Ho! Ho! A przystrojony już dom? Za nami już odwiedziny Mikołaja, radośnie opychamy się siódmą czekoladką z kalendarza, więc może to najwyższa pora, by pomyśleć o świątecznych dekoracjach? Galerie handlowe zdają się wypluwać kolorowe ozdoby przez swoje witryny, a my popadamy w zakupowy szał wracając raz po raz z kolejnymi siatkami pełnymi niepotrzebnych pierdół. A gdyby tak w tym roku mieć jakiś plan? A wystarczy rozejrzeć się i zainspirować...


Jeżeli mowa nie jest o Pintereście, to na pewno w grę wchodzi Instagram. Skarbnica kwadratowych wspomnień, które raz po raz nie tylko kuszą nas do kolejnych zakupów, ale pokazują, co warto wybierać. A święta to taki czas, gdy hashtag #christmasdecor przeżywa prawdziwe oblężenie. Co chwila pojawiają się kolejne i kolejne kwadratowe fotografie, dzięki którym łatwiej będzie nam zdecydować czego tak naprawdę chcemy! Ja już wiem - w te święta nie zabraknie u mnie drewna, bieli i miedzi. Ale to tylko czubek góry lodowej, bo oto przedstawiam Wam cztery profile, które w tym magicznym czasie potrafią naprawdę (o)czarować...


@marzena.marideko

Nie śmiałabym zacząć tego wpisu od polecenia innego profilu. Nie i koniec. Chciałoby się klasycznie rzec - dobre, bo polskie i może coś w tym jest? Profil @marzena.marideko odwiedzam chyba codziennie. Nie tylko zaglądam w aktualności, ale wystukuje kilka literek i upewniam się, czy oby na pewno nic mnie nie ominęło. A to dlatego, że wszystko co tam znajdę, każdy element, poduszeczka, stoliczek czy najmniejszy drobiazg to spełnienie moich największych marzeń. Przytulny dom, własna pasja i wspaniałe archiwizowane wspomnienia. Oglądam, podziwiam i marzę. Czasami też się zainspiruję! Boa jak nie ulec?
A jedną z rzeczy, którą koniecznie musicie zobaczyć, to łapacze snów tworzone prze autorkę. Już od samego patrzenia można się spodziewać wspaniałych snów - takich z nimi w roli głównej. Może nie na te święta, ale w końcu sobie takie sprezentuję!


@drivenbydecor

Ma swój blog i inspirujące konto na Instagramie. O sztuce dekorowania opowiada to tu, to tam, często też podpowiada i zaraża pomysłowością. Chociaż to świąt wcale nie tak blisko, to już teraz znajdziecie na jej profilu kilkanaście zdjęć, które aż buzują bożonarodzeniowym klimatem. Jeszcze wcześniej nie brakowało jesiennych kompozycji, w których dominowała czerń, biel, szarość i złoto. A co proponuje na grudniowe wieczory? Warto sprawdzić, bo można się w takim domu zakochać... Natomiast w tym zdjęciu jest coś magicznego. Może to za sprawą tej piesołowatej mordki, a może ta idealna kompozycja ramek na ścianie. Klimat świąt wyczuwalny, chociaż nieco powściągliwy. 




@liaselina

Jak to jest, że czasami te najmniejsze rzeczy sprawiają nam najwięcej radości. Potrafimy cieszyć się z całości, pomijając drobne uszczerbki, a często to właśnie o tych najdrobniejszych elementach po prostu zapominamy. Na profilu @liaselina znalazłam zdjęcia uroczych, świątecznych kartek i figurek. Nietypowych, może odrobinkę kiczowatych i smętnych, a jednak... mającym w sobie coś, co pobudza wyobraźnię. A takich figurek znajdziemy na jej profilu znacznie więcej. W te święta dorzućmy sobie jeszcze jedną refleksję - kupujemy tak wiele, tak często dorzucamy do koszyka bibeloty, które później kurzą się na półkach, parapetach czy stołach. A jak często naprawdę zwracamy na nie uwagę? Czy potrafimy je docenić i odpowiednio zaprezentować? I cieszyć się nimi tak bardzo, by  nawet rok po zakupie powiedzieć z dumą - patrzcie i podziwiajcie!



@deer.home

Nauczycielka francuskiego - no to jakoś brzmi! Bo przecież u Francuzek zachwycamy się nie tylko ich uwydatnionymi policzkami, przechylonymi berecikami i całym tym kunsztem w sposobie doboru makijażu i ubioru, ale także akcentem. A może i wystrojem wnętrz? Od jakiegoś czasu obserwuję bacznie profil @deer.home, prowadzony przez mamę dwóch chłopców i nauczycielkę francuskiego. Przyzna, że początkowo liczyłam na pewne inspirowanie się lawendowymi, prowansalskimi klimatami. Ale znalazłam coś innego. Biel, minimalizm i wszystko to, co kojarzy nam się ze stylem skandynawskim. W tym przypadku zdjęcia nie są jednak przesadnie stonowane, pozbawione tego, co tak łatwo zgubić w prostocie - ciepła, przytulności i pewnego rodzaju indywidualności. Tak jak to połączenie choinki z kalendarzem adwentowym. Pomysł znany, ale w jakim wydaniu!
Zajrzyjcie też do innych dziewczyn, które biorą udział w akcji #winterweek! Przez tydzień, każdego dnia, każda z Nas doda wpis związany ze świąteczną atmosferą. Makijaże, pomysły na prezenty, nasze wishlisty i przemyślenia. Wszystko po to, by już zawczasu poczuć magię świąt! Oto trzecia, ale nie ostatnia świąteczna propozycja. Dzisiaj nie obyło się bez marzeń, inspiracji i drobnych refleksji. A jutro? Kto wie!

Agwer - BLOG. A piece of Ally - BLOG, Agnieszka bloguje - BLOG, Ala Ma Kota - BLOG, Minimalnie - BLOG, Okiem Justyny - BLOG, Paulina blog - BLOG, White Praline - BLOG.

12/07/2016

#christmasdecor, czyli inspirujące profile na Instagramie

Jesteśmy zawieszeni gdzieś pomiędzy strojnym okresem Halloween a karnawałem. Również i teraz mamy masę okazji, by zaskoczyć innych swoim przebraniem! Już dzisiaj  tatusiowie wciskają się w kostium Mikołaja, Śnieżynki zacznąją krążyć korytarzami galerii i rozdawać ulotki a obrażeni nastolatkowie w strojach elfów pakują nasze prezent przy specjalnych, świątecznych stoiskach. Ja szukam innych wrażeń. Dziś Mikołajki, dzień jedyny w swoim rodzaju a ja byłam niegrzeczna więc zostałam reniferem!

Makijaż świąteczny, na Halloween

Bez czerwonego nosa, choć na kufel grzańca ostatnio sobie pozwoliłam. Oczywiście - w celach zdrowotnych jedynie, w końcu daję tylko dobry przykład. Może stąd to poroże na głowie, bo w przeciwieństwie do Pinokio, nos mi nie rośnie, a ja ostatnio próbowałam skłamać, że za wzór uchodzę...

Kiedy tak nie jest i basta. Toż ostatnio usunęłam w makijażu. Biada mi, biada! Koniec tych niecnych uczynków. Do świąt postanowiłam być grzeczna i świecić przykładem. Wpisów obiecuję sporo, trzymajcie mnie za słowo. Dlatego dzisiaj nietypowo, dawno za pędzel się nie brałam. Hohoho, a jednak brałam, tylko że ściany malowałam. Na beżowo, bo ponoć kolor modny w tym sezonie. Ale buźka nieco wybieliłam, tudzież przyciemniłam...  I proszę - sarenka jak malowana. Jeszcze tylko kiczowate poroże i grzecznie proszę - bez śmiechów


Artyleria, po którą sięgnęłam nie taka ciężka, jakby się mogło wydawać. Produktów rzec bym mogła, było naprawdę niewiele, a jeden taki stanowił gwóźdź programu. Było skromnie i całkiem tanio, bo żadne wysokopółkowe kosmetyki się tutaj nie wkradły. Przystępnie, znośnie i z przyzwoitym efektem. Gotowi na prezentację?
  • BIOLAVEN - Serum przeciwzmarszczkowe, lawendowe, to jeden z prezentów, który otrzymałam na warsztatach Secrets of Beauty. Do tej pory używałam już kremu na dzień oraz wersji na noc z tej samej serii, jednak to ten kosmetyk zasługuje na szczególne wyróżnienie. Oprócz lawendy znajdziemy tu także ekstrakt z nasion winogron. Chociaż przeznaczone jest do pielęgnacji wieczornej, ja stosuję je także przed ''ciężkim'' makijażem. Jak ten! Kilka kropli rozgrzewam w dłoniach a następnie wklepuję w każdy fragment buzi (nie zapominam też o szyi!). O dziwo makijaż nie rozpływa się podczas blendowania a dobrze przypudrowany jest nie do zdarcia!
    ⇒ SKŁAD: Glycine Soja Oil, Vitis Vinifera Seed Oil, Argania Spinosa Kernel Oil, Squalane, Tocopheryl Acetate, Lavandula Angustifolia Oil, Linalool, Limonene, Geraniol, Citronellol.
  • ESSENCE - Camouflage 2in1, czyli słynny połączenie podkładu z korektorem. I to wszystko w jednej tubce. Ciężki, dostępny w trzech kolorach i wciąż niezbyt popularny. Kupiony z polecenia LadyMakeup, będący produktem, który nieźle namieszał w mojej kosmetyczce. Pierwsze podejście okazało się fiaskiem, ale już druga aplikacja zdradziła jego prawdziwe zalety. Nakładany mokrą gąbeczką daje naturalny efekt, natomiast przy użyciu pędzla daje efekt full cover. Ciemnieje, ale jest to zbytnim problemem, gdyż odcień Ivory jest niezwykle jaśniutki i nawet przy procesie utleniania pozostaje w przystępnym kolorze.
  • CATRICE - korektor, o dziwo, znów z polecenia. Tym razem moje naukochańsze blogerki krzyczały - bierz. I wzięłam. Aktualnie to mój drugi. Sprawdza się w ukrywaniu nieprzespanych nocy, drobnych niedoskonałości czy większych przebarwień. Do okolic pod oczami jak znalazł. 
  • ECOCERA- Puder ryżowy, transparenty, jako nowość w mojej kosmetyczce. Skusił mnie atrakcyjną ceną i pochlebnymi opiniami. Teraz sama mogę mu schlebiać. Idealny dla cery tłustej, stapia się z podkładem, ale nie można nazwać go ciężkim. Taki sobie produkt do dziennego makijażu, mój nowy zastępca Kryolanu. 
  • WIBO - Neutral Eyeshadow Palette, to zestaw cieni, który towarzyszy mi nie od dziś. Recenzowałam i używałam miesiącami. Wciąż sięgam i przy najbliższej promocji zaopatrzę się w kolejne opakowanie. Biały cień pokazał już swoje denko, a w tym makijażu przysłużył się niesamowicie. Natomiast cień Warm Soil okazał się niezbędny w konturowaniu noska. Swatche i pełna recenzja dostępne TUTAJ.
  • CATRICE - Eye Brow Stylist, kredka do brwi, która tym razem znalazła zupełnie inne zastosowanie. Mięciutka, brązowa i uniwersalna. W dzisiejszym makijażu posłużyła do zaznaczenia noska i górnej wargi. Jednocześnie pozwoliła wypełnić drobne luki w brwiach. 

Świąteczny Makijaż / Halloween

  • GOSH SOPENHAGENBrow Sculpting Fibre Gel, to produkt niezwykle zmienny. Jednego dnia nie wyobrażam sobie bez niego makijażu, innym razem obrażamy się na siebie. Wszystko dlatego, że można z nim przesadzić. Dodatkowo, jego kolor delikatnie się zmienia wraz z chwilą zaschnięcia. Niewątpliwie utrwala jednak włoski na tyle, że jeden problem mamy z głowy. Brązowy kolor jest bardzo wyrazisty, co w tym przypadku okazało się zbawienne.
  • GOLDEN ROSE - Longstay Liquid Browliner, to produkt, który dzisiaj przysłużył się w makijażu oka. Pędzelek jest cieniutki i na tyle precyzyjny, by w prosty sposób wyrysować nim kreski. Przy podkreślaniu brwi należy uważać, by nie uzyskać zbyt mocno przerysowywanego efektu. Niezwykle trwały, dostępny w czterech kolorach - ja posiadam wersję 02. 
  • ARTDECO - Perfect Volume Mascara w wersji mini. To tusz, który bardzo długo leżakował w szufladzie. Taki malutki, niepozorny... a jednak zachwycający. Rozczesuje rzęsy i wydłuża je. Pozostawia naturalny efekt, ale bez problemu nadaje się do wieczorowych makijaży


KOBO, paletka do konurowania - gwóźdź programu i produkt, który zrewolucjonizował mój makijaż. Ja, kobieta, która w kremie używała tylko korektora, teraz poznała konturowanie na mokro. Od lekkiego efektu do makijażu w stylu Bambi. Mimo cery tłustej, produkty ładnie trzymają się buźki (jeżeli tylko nie świerzbią nas łapki i nie dotykamy jej to tu, to tam). Blendowanie to magiczna sprawa i nie jest ważne, czy do pomocy mamy gąbeczkę, pędzel czy inny wymyślny gadżet. O, ten tutaj makijaż blendowałam tą dziwną szczoteczką, bez nazwy, kosz - 5 zł. A wyszło tak, jakbym się nawet tego nie spodziewała - całkiem znośnie i nawet z zasługą na kilka komplementów.

Teraz powinien nadejść ten moment, gdzie zdjęcie po zdjęciu, krok po kroczku opisałabym (i dała do wglądu) sposób wykonania tego makijażu. Tylko że... właściwie nie wiem, czy ktoś tego chce. Ale chętnie prześledzę każdy komentarz, by wiedzieć, czy w najbliższym czasie zaskoczyć Was tutorialem step by step, kroczek po kroczku, machnięcie pędzla za machnięciem. Więc jak na spowiedzi... chcemy, czy nie chcemy?
Zajrzyjcie też do innych dziewczyn, które biorą udział w akcji #winterweek! Przez tydzień, każdego dnia, każda z Nas doda wpis związany ze świąteczną atmosferą. Makijaże, pomysły na prezenty, nasze wishlisty i przemyślenia. Wszystko po to, by już zawczasu poczuć magię świąt! Oto druga, ale nie ostatnia świąteczna propozycja. Dzisiaj było makijażowo... a jutro? Kto wie! Obiecuję jednak, że będzie się działo.
Agwer - BLOG. A piece of Ally - BLOG, Agnieszka bloguje - BLOG, Ala Ma Kota - BLOG, Minimalnie - BLOG, Okiem Justyny - BLOG, Paulina blog - BLOG, White Praline - BLOG.

12/06/2016

#2 Makijaż a'la renifer, czyli jak zaskoczyć w święta!

Co roku, w tym samym czasie, wyszukiwarka Google zasypywana jest pewnymi popularnymi, bardzo do siebie podobnymi frazami. A zaczyna się to wszystko już w listopadzie, tuż po Wszystkich Świętych. Śniegu nie ma, ale o choince już człowiek myśli. Bo jak nie myśleć, gdy hipermarkety prześcigają się w sprzedaży coraz to wymyślniejszych kalendarzy adwentowych. Warto więc zadać sobie jedno, bardzo ważne pytanie - Co kupić na prezent? 


Mamie, tacie, dziadkowi, babci, siostrze, bratu, koleżance, koledze, mężowi, żonie, kochankowi, kochance... Uff! Myślicie, że to mógłby być koniec? A psu, kotu, chomikowi, ciotce Frani z Ameryki. O ile pieniądze łatwo znikają,  to chętni do prezentów krewni zawsze pod ręką. Ja wiem, że to nie o to w tym wszystkim chodzi, że liczy się klimat (a mamy, jaki mamy!), wspólne chwile, bycie uprzejmym i krótki urlop. Może fraza to banalna i powtarzana pokoleniami, ale nic nie daje takiej radości, jak obdarowywanie innych. Tym (nie)krótkim wstępem chciałam Was wprowadzić do kolejnej (która to już?) serii na blogu, ale tym razem o tematyce świątecznej. Co kupić, gdy brak pomysłu albo gdy świąteczne porządki pochłonęły Nas na amen. Chylę  głowę i bez bicia przyznaję, że i mnie zdarzało się przeszukiwać otchłań Internetu w poszukiwaniu podobnych porad. Podzielę się więc kilkoma pomysłami, z których korzystałam, korzystam albo takimi, które warto, by kiedyś wykorzystali moi bliscy. Niech to będzie tyciutka podpowiedź!


Jakiś czas temu napisałam do Pauliny z Instabook, z chęcią wypróbowania produktu, o którym coraz głośniej w Internetowym świecie. Produktu, który może stać się idealnym prezentem i pod takim kątem chciałam go ocenić. Instabook, to książka projektowana przez Nas i wypełniona po przegi wybranymi, naszymi zdjęciami. Jako, że w przeszłości miałam już do czynienia z podobnymi albumami - tymi tworzonymi samodzielnie, ale także oferowanymi przez Empik - chciałam sprawdzić, czy cena idzie tutaj w parze z jakością.

  • Instabook

Mały, poręczny, zaskakujący. Wymaga od Nas w szczególności jednego - kreatywności. To my decydujemy, jak ułożymy zdjęcia, jak podzielimy je tematycznie i ile ich będzie. Możemy dodawać podpisy, tworzyć ciekawe historie. Jego niewielkie rozmiary są urocze. Może i kobiety marzą o słynnym 90-60-90, ale w przypadku Instanooka tym ideałem jest 15x15. Oprawa może być miękka, twarda lub albumowa, ale na pewno w każdym wydaniu nasze zdjęcia będą wciąż perfekcyjne.

Dla fascynata pięknych zdjęć

Znam osoby, które drukują przeróżne zdjęcia. Nie tylko te, na których towarzyszą im bliscy, czy te będące wakacyjną pamiątką. Uwieczniają na papierze przeróżne rzeczy - ulubiony kubek, który kiedyś może się przecież stłuc, odremontowane mieszkanie czy koci nosek. Takie zdjęcia sprawiają im największą radość, dlatego jeżeli tylko jest ku temu okazja - sami je wydrukujmy i podarujmy takiej osobie. Przyznam, że sama posiadam stosik wydrukowanych zdjęć, które dotyczą produktów recenzowanych na blogu. Tak bardzo je polubiłam, że chciałam zobaczyć jak będą wyglądać na matowym papierze. Kiedyś planuję przyczepić je na tablicę inspiracji, ale takie albumowe wydanie równie bardzo polubiłam.

Jako prezent dla uzależnionych od Instagrama

I nie kłamcie mi tutaj, że nie znacie takiej osoby. Może nie jest to jeden z tych niebezpiecznych nałogów, ale jak już ktoś raz podda się mani kwadratowych zdjęć, to nieprędko się z tego wyrwie. Ale może to i dobrze. Wspaniale będzie wrócić po latach do kwadraciaków, które teraz już zapomniane, a które tak wiele dla Nas znaczyły. Ale jak dobrać się do czyiś zdjęć? Tutaj potrzeba już chytrego planu. 
Niektórzy z Nas (uzależnionych) zrzucają zdjęcia wprost na dysk komputera. Wtedy problem znika, bo wystarczy załadować do szablonu dostępne zdjęcia. Jeżeli jest to nam bliska osoba, możemy wprost powiedzieć, że szykujemy dla niej niespodziankę i prosimy o chwilowy dostęp do konta. Myślę, że chwilowa zmiana hasła nie będzie stanowić problem, a my podsycimy tylko ciekawość osoby, którą chcemy obdarować. 
Teraz pozostaje nam wybrać te najlepsze zdjęcia (zawsze możemy kierować się ilością serduszek, chociaż to nie zawsze najlepszy wyznacznik). Stwórzmy kolaż, który składać się będzie z najładniejszych zdjęć bądź tych najbardziej sentymentalnych. Albo postawny na miszmasz! Ogranicza nas tylko wyobraźnia.

Jako prezent dla ukochanej osoby

Nie wiem jak Wy, ale lubię patrzeć jak zmieniam się na przestrzeni lat. Jestem w stanie pokochać nawet pierwsze oznaki starzenia, czy moje fanaberie w wyborze fryzur. A jeszcze milej patrzy się na to, jak zmieniam się żyjąc z drugą osobą. Za mną cztery lata związku i chociaż wydaje się, że to naprawdę niewiele, to dopiero na zdjęciach widać, jak dużo się przez ten czas zmieniło. Nie tylko wizualnie. 
Dlatego mój luby dwukrotnie dostał wykonany przeze mnie album. Samodzielnie, własnoręcznie. Pierwszy był niezwykle (nie)udany, ale przy drugim starałam się nie powtarzać ostatnich błędów. Za to przy trzeciej okazji wybiorę już wersję drukowaną! Nawet ona wymaga niemało czasu i kreatywności a przynajmniej rezultat jest znacznie bardziej efektowny. A że wspólnych zdjęć mamy naprawdę sporo, to z albumu może zrobić się nagle pokaźne tomisko wspomnień.

Jako pamiątka dla przyjaciela

Przyjaciel zawsze powinien być pod ręką. A co, gdy tak nie jest? Ilu przyjaciół widujemy tylko raz do roku, z iloma musieliśmy pożegnać się tuż po liceum? Ciągle się powtarza, że to miłość na odległość bywa trudna, ale z przyjaźnią jest podobnie. Studiujemy w różnych miastach, wyprowadzamy się do innych krajów. Piszemy przez komunikatory, wysyłamy sms-y i kartki. Rozmawiamy, ale rzadko się widzimy. 
Dla mnie lekarstwem w takich sytuacjach zawsze były zdjęcia. Otwieramy album - i bach, wspomnienia jak żywe. Jednym z ciekawych pomysłów na prezent dla naszego niespokrewnionego bliskiego jest właśnie album. Można zaszaleć i wybrać nie tylko te idealne w każdym calu fotografie, ale także te, które może niezbyt perfekcyjne, ale upamiętniające najlepsze wspólne momenty - koncerty, wyjazdy czy imprezy. Tak, żeby przy każdym ponownym obejrzeniu chciało się śmiać do łez.


⬠ Jak stworzyć własny InstaBOOK?


  • Przede wszystkim musimy zalogować się na stronie. Wtedy pierwszy krok mamy za sobą.
  • Wybieramy kreator, dzięki któremu w prosty sposób zaprojektujemy własny (link) InstaBOOK.
  • Każdą stronę możemy zaprojektować według podanych schematów. Jest ich kilka, dlatego każda strona może posiadać zupełnie inny układ. 
  • Zdjęcia możemy dodawać wprost z dysku bądź poprzez logowanie do naszego konta na Instagramie.
A ile to kosztuje? Właściwie tyle, ile chcemy! Ceny zaczynają się od 39 zł za 20 stron (które w zupełności wystarczą). Możemy dopłacić 3 zł za każde kolejne dwie strony bądź zwiększyć cenę poprzez wybór innej oprawy

Swoją drogą, teraz kosztuje jeszcze taniej, bo mam dla was kod promocyjny! Na hasło: ekstrawagancka, dostaniecie 15% na wszystkie instabooki! Oferta ważna jest do końca roku. Oto KOD RABATOWY!

Kwadratowe zdjęcia mają w sobie to coś. Ciężko to opisać, bliżej sprecyzować. Może chodzi o tę proporcjonalną doskonałość, a może o to, że kadrowane zdjęcia często zykują na swoim przekazie. Istotne jest właśnie to, że przyciągają spojrzenia tak wielu. Jest to pewnego rodzaju magia kwadratowych wspomnień.

Zajrzyjcie też do innych dziewczyn, które biorą udział w akcji #winterweek! Przez tydzień, każdego dnia, każda z Nas doda wpis związany ze świąteczną atmosferą. Makijaże, pomysły na prezenty, nasze wishlisty i przemyślenia. Wszystko po to, by już zawczasu poczuć magię świąt! Oto pierwsza, ale nie ostatnia świąteczna propozycja. Zaczęłam od drukowanych zdjęć, bo sama uwielbiam ten rodzaj prezentów. Dodatkowo to jeden z tych prezentów, który wydaje się być niezwykle uniwersalny.

Agwer - BLOG. A piece of Ally - BLOG, Agnieszka bloguje - BLOG, Ala Ma Kota - BLOG, Minimalnie - BLOG, Okiem Justyny - BLOG, Paulina blog - BLOG, White Praline - BLOG.

12/05/2016

#1 Wydrukuj wspomnienia i podaruj bliskiej osobie

O większości włosów można powiedzieć - wymagające. Jedne potrzebują więcej nawilżenia, innym zależy bardziej na odżywieniu. Co włos, to inny głos. A ja z moją grzywą ostatnio nawet się dogaduję. Przynajmniej na tyle, że jestem w stanie ją okiełznać. A po części przyczyniło się do tego pewne trio marki L'Biotica i to dość nietypowe.


Czasami sięgam po lekki detox i nie używam szamponów z SLS czy SLES, innym razem wracam do nich, by zobaczyć, czy może tym razem skóra głowy przestanie się buntować. Wciąż eksperymentuję, poznaję, poszukuję i sprawdzam co tam w kosmetycznym świecie piszczy. A gdy przeczytałam recenzję na blogu Włosy muszą być długie, znalazłam kolejny produkt, który musiał w końcu pojawić się w mojej łazience.No i proszę, nie chybiłam z wyborem.

Kolejny raz wróciłam do produktów L'Biotica. Tym razem nie są to nowości, a coś, o czym pewnie wie już wiele z Was. Jedna z dostępnych serii mianuje się jako Biowax Glamour, a w ofercie do wyboru, do koloru szampony, maseczki i olejki. Ale mnie interesowały konkretne, dwa produkty - szampon i maska Glamour Orchid, gdzie pierwsze skrzypce gra biała trufla i orchidea. Ale po jakie licho dodawać je do składu?

Ekstrakt z Orchidei, to nic innego jak wyciąg z egzotycznych, kosztownych kwiatów Ma za zadanie nawilżać i zmiękczać włosy a dodatkowo chronić je przed tym co złe, a co codziennie osiada na naszych włosach. Ale największą uwagę zwracają białe trufle. Nie jest to składnik popularny, bo grzyby te traktowane są jako produkt luksusowy, drogi i ciężko dostępny. Na włosy mają działać upiększająco i zdrowotnie. Niezbyt często znajdziemy je w składzie kosmetyków, właśnie ze względu na to, jak trudno je zdobyć.


Intensywnie regenerujący szampon

Pachnie obłędnie a jeszcze milej rozprowadza się na włosach. Pieni się, ale bez przesady, co zresztą jest zasługą łagodniejszego zamiennika SLS, czyli Ammonium Lauryl Sulfate. Przy użyciu tego produktu bez problemu mogłam przedłużyć przerwy w myciu włosów nawet do trzech dni. Dzięki temu mogłam używać go razem z maską, o której wspomnę za chwilę. Buteleczka już dawno pokazała denko i trochę szkoda, bo zabrakło mi tutaj plusa za wydajność, jednak to, o czym należy wspomnieć, to wspaniałe właściwości działania nawet w pojedynkę lub w połączeniu z odżywkami spoza serii Glamour. Właśnie taki powinien być szampon - współgrający z innymi kosmetykami. Czy moje włosy zregenerowały się w magiczny sposób? Właściwie nie miały ku temu powodu, ale ich dobra kondycja została utrzymana i chwała za to. Produkt godny polecenia, kilku gwiazdek, ale... mam w zanadrzu jeszcze coś lepszego.
Cena; ok 23 zł / Pojemność: 200 ml /Więcej informacji; TUTAJ

🔼 ZALETY: skład, zamiennik SLS, delikatne pienienie, kremowa formuła, działanie.
🔽 WADY: cena, wydajność.

⟹ SKŁAD: Aqua, Ammonium Lauryl Sulfate, Cocamidopropyl Betaine, Coco-Glucoside, Di-PPG-2 Myreth-10 Adipate, Acrylates/Vinyl Neodecanoate Crosspolymer, Glycerin, Orchis Mascula Flower Extract, Tuber Magnatum Extract, D-panthenol, Hydroxypropyl Guar Hydroxypropyltrimonium Chloride, Polyquaternium-10, Dicaprylyl Ether, Lauryl Alcohol, Styrene/Acrylates Copolymer, Glycol Distearate, Laureth-4, PEG-40 Hydrogenated Castor Oil, Trideceth-9, Tetrasodium EDTA, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Benzoic Acid, Formic Acid, Phenoxyethanol, Sodium Chloride, C.I. 16185, Parfum, Lactic Acid, Citric Acid, Hexyl Cinnama


Intensywnie regenerująca maseczka do włosów

Oto i gwóźdź programu. Maseczka, po którą aż chce się sięgać. To ona była opisywana w wyżej wspomnianej recenzji i to ona sprawiła, że chcę dalej testować produkty z serii Glamour. Znów mamy skład opierający się na białej trufli i ekstrakcie z orchidei. Tym razem w jeszcze lepszym wydaniu. A sama zawartość jest naprawdę fajna, bo nie ma tam zbędnych zapychaczy, które w moim mniemaniu nie są szczególnie fajne w tego typu produktach. 
⟹ SKŁAD: Aqua, Cetearyl Alcohol, Glycerin, Ceteareth-20, Glycol Distearate, Quaternium-87, Cetrimonium Chloride, Orchis Mascula Flower Extract, Tuber Magnatum Extract, Prunus Amygdalus Dulcis Oil, Betain, Lawsonia Inermis Leaf Extract, Sorbitan Stearate, Synthetic Wax, Polysorbate 60, Parfum, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Benzyl Alcohol, Phenoxyethanol, Methylchloroisothiazolinone, Methylisothiazolinone, Citric Acid, Talc, C.I. 77007, C.I. 73360, Hexyl Cinnamal.


Jest natomiast takie odżywienie, że hoho! Maseczka jest wydajna, więc wystarczy naprawdę niewielka ilość, by rozprowadzić ja na włosach. A powinna tam pozostać przez 15 minut, dlatego w tym czasie biorę kąpiel i leżakuję w wannie. Później spłukuję i nic więcej robić nie muszę. No, może dodaję jeszcze dwie kropelki serum (o, piszę o nim jeszcze niżej) i już mogę suszyć włosy. A właściwie to nie muszę, bo gdy zaplatam na noc warkocz, to maseczka tak ładnie wpływa na moje włosy, że na drugi dzień cieszę się wspaniałymi falami, których nawet nie muszę utrwalać lakierem. Włosy są ładnie skręcone, ale nie puszą się. Błyszczą, ale nie wyglądają na przetłuszczone. Lubimy się, po prostu. 
Cena: około 17 zł / Pojemność: 125 ml / Więcej informacji: TUTAJ

🔼 ZALETY: cena (biorąc pod uwagę na białą truflę), wydajność, działanie, skład.
🔽 WADY: mała pojemność produktu.

Serum A+E Biovax

A na dodatek produkt, o którym również warto wspomnieć. Używam go od początku wakacji, jest wydajny, tani i mieści się w torebce. Serum, o którym właśnie piszę, to malutka buteleczka czyniąca cuda. Używam jej zarówno przed suszeniem włosów, jak i w czasie dnia, gdy włosy za bardzo się puszą. Wyciskam na dłoń malutką kropelkę, rozgrzewam w dłoniach i delikatnie przygładzam ręką włosy, albo przeciągam pasma między palcami. Trzeba tylko uważać, by nie przesadzić z ilością, bo mokra włoszka nie jest modna w tym sezonie. Nasze końcówki pozostają jednak zabezpieczone, wygładzone i zdecydowanie mniej buntownicze. 
Cena: ok 8 zł / Więcej informacji: TUTAJ

🔼 ZALETY: cena, działanie, wielkość buteleczki, dostępność.
🔽 WADY: brak.

A jakie produkty do włosów goszczą aktualnie w Waszej łazience?

11/30/2016

Biała trufla i orchidea w pielęgnacji cienkich włosów

O tym, że najlepszą przynętą na kuriera jest nałożenie maseczki, wie już chyba każdy. Dlatego na moment możemy porzucić ten powód do lamentu. Piękno kosztuje - i to nie tylko krocie pieniędzy, Także naszą reputację, bo to jest już o krok od tego, by przyprawić ciotkę Helenę o zawał, gdy znów otwieramy jej drzwi ,,w tym czymś''. Kiedy to tylko maseczka, nasza chwila relaksu i... delikatny masaż? Musująca, masująca i upiększająca. Jesteście gotowi poznać kolejną perełkę od Skin79?


Pore Bubble Cleansing Mask

Jak na azjatycki produkt przystało - nazwa musi być długa. Niech tam sobie będzie, bo i tak najczęściej skracana jest do Pore Bubble. Kłamać nie będę, że to nowość na rynku, słyszy się o niej w zakamarkach vlogów, na blogach i targach kosmetycznych. Ale jak tu nie mówić, kiedy jest o czym. Skin79 wręcz zalewa konsumentów swoimi nowościami. Toniki, pianki, kremy BB, cuda, wianki i maseczki. Te ostatnie goszczą u mnie coraz częściej. Bąbelkującą maseczkę poznałam co prawda już jakiś czas temu, ale chciałam próbować więcej i więcej, by wreszcie napisać - tak, to mi się podoba!

Czemu ma służyć? 

Ponoć to innowacja w połączeniu ze sobą dwóch rzeczy - maseczki na twarz i masażu. Bo właściwie czemu jedno nie może iść z drugim w parze. Nie każda kobieta wykonuje codzienny, wieczorny masaż twarzy. Co prawda ta wersja nie będzie skuteczna w zapobieganiu wiotczenia mięśni, ale na pewno stanowić będzie bardzo przyjemny rytuał. Bo jak dobrze wiemy, czasami nie mamy siły nawet na odpoczynek. Rozsiądziemy się wygodnie na kanapie i nawet nam przez myśl nie przejdzie, żeby zrobić coś więcej. Ale kiedy dojrziemy do wniosku, że wystarczy przemyć twarz, rozciąć folię i nałożyć płachtę na buźkę a następnie pozwolić się jej wykazać - ta wizja nie wydaje się zbytnio odstraszająca.


Tlenu, proszę tlenu!

Maska, dzięki drobnym pęcherzykom powietrza, wnika głęboko w pory, dokładnie je oczyszczając. Ekstrakt z jeżówki pobudza wytwarzanie nowych włókien kolagenowych i silnie regeneruje. Proteiny mleka nawilżają i wygładzają skórę. Wąkrota azjatycka interesuje w całym zestawieniu najbardziej. Brzmi orientalnie, ekscytująco i w rzeczywistości wykazuje działanie przeciwzapalne. Odpowiedzialna jest także za poprawę elastyczności skóry. No proszę, coś w sam raz dla mnie. 

Ale to, co w tej maseczce zaskakuje najbardziej, to potrzeba zaczerpnięcia powierza! A właściwie, to wystarczy tylko rozciąć szczelne opakowanie, by zaczął się prawdziwy Armagedon. Maseczka zacznie rosnąć, puchnąć, bąbelkować! Zaraz opowiem, jak się porządnie za nią zabrać... 

SKŁAD: Water, Glycerin , Sodium Cocoyl Apple Amino Acids, Cocamidopropyl Betaine, Dipropylene Głycol, Disloxane, Methyl Perfluoarobutyl Ether, Methyl Perfluoroisobutyl Ether, Hydroxyethyloellulose, Phenoxyethanol, Sodium Chloride,Ethylhexylglcerin, Disodium EDTA, Fragrance, Butylene Głycol, Ethyl Hexanediol, Echinacea Angustifolia Extract, Mentha Piperita(peppermint),Leaf Extract, Milk Protein Extract, 1,2-Hexanediol, Centella Asiatica Extract, Gaultheria Procumbens,(Wintergreen) Leaf Extract, Camellia Siensis Leaf Extract, Houttuynia Cordata exstract.

Jak używać maseczki Pore Buuble?


  • Na początku myjemy i tonizujemy naszą twarz wybranym produktem.
  • Teraz wykonujemy delikatny masaż - naszej maseczce. Wszystko po to, by produkt równomiernie się rozprowadził.
  • Rozcinamy folię i delikatnie wyciągamy płat maseczki.
  • Równie delikatnie rozkładamy ją i szybciutko nakładamy na twarz, gdyż maseczka zaczyna powoli bąbelkować.
  • Po upływie około 10 minut zdejmujemy maseczkę (u mnie jest to koło 14 minut).
  • Ponownie myjemy i tonizujemy twarz.
Aby uzyskać widoczne rezultaty czyli rozjaśnienie buźki, producent zaleca stosowanie produktu raz w tygodniu. Jako że mam już kilka ulubionych maseczkę i produktów o podobnych właściwościach, to po maseczkę tę sięgam nieco rzadziej, ale wciąż jestem zadowolona z rezultatów. Przede wszystkim moja skóra wypoczywa i jest gotowa na dalsze zabiegi pielęgnacyjne. 



Wszędzie tam, gdzie Ty!

Na nosie, pod nosem, w nosie. Nad ustami, na ustach, w ustach. Tylko oczy szeroko otwarte! Podczas relaksu z maseczką trzeba być gotowym na jedno - ta pianka nie da o sobie zapomnieć. Pijcie, póki czas, bo już za chwilę wasze wargi znikną pod bąbelkową kurtyną. O jedzeniu nie ma mowy, bo im szerzej paszcza rozwarta, tym większe bańki macie okazje wydmuchać. Nie dosłownie - ale grzecznie ostrzegam. Swoją drogą ciekawy sposób dla odchudzających się - jak tylko chwyci przeogromna ochota na coś słodkiego, szybko wskakujemy w maseczka i spokój. A przynajmniej na 15 minut.

Cena: 1 sztuka 25,00 zł - 16,90 zł - TUTAJ / 4 sztuki 100,00 - 49,90 zł TUTAJ 


Od przyjemnego musowania, po delikatny masaż i całkiem przyzwoite rezultaty tuż po. Taka jest ta najlepsza definicja maseczki Pore Bubble. Wracać do niej będę, polecać też zamierzam - spróbujcie, choćby z czystej ciekawości jak może masować Waszą buźkę odrobina pianki. Dorwać można ją na promocji, w trójpaku, warto też skorzystać z jakiejś darmowej wysyłki. Dla siebie, na prezent  - nawet dla drugiej połówki. Angel ma dla Was dowód, że nawet ta silniejsza płeć nie pogardzi taką innowacyjną formą relaksu. A co, gdyby tak do tych pielęgnacyjnych bąbelków dodać jeszcze  wylegiwanie pod kocem i kieliszek bąbelkującego trunku? Zima idzie, skorzystajcie z tego pomysłu!

♡ P.S. Na stronie dystrybutra Skin79 pojawiła się właśnie kolejna wersja bąbelkującej maseczki. Tym razem jest to wersja ryżowa! Już zacieram rączki, by się do niej dorwać. Ciekawe, czy  Rice - Bubble Cleansing Mask sprawdzi się równie dobrze.
[WIĘCEJ INFORMACJI]

A po jakie maseczki najczęściej sięgacie? Znacie te od Skin79?

11/25/2016

Pore Bubble, czyli musująca maseczka masująca

Ostanie wpisy na Instagramie @ekstrawagancka

© ekstrawagancka | Kobiecy lifestyle. Design by Fearne.